
Tracklista:
1. State Of Fear
2. Purge My Stain!
3. Bred to Kill
4. IV - Vote Of No Confidence
5. In The Name Of Blood
6. Omniscientia
7. Diminished Responsibility
8. You-Know-Where
9. Devoted Loyalty
Po przesłuchaniu ostatniego albumu projektu, który początkowo miał być tylko odskocznią muzyków w niej grających, od formacji macierzystych, zacząłem z powrotem wierzyć w potencjał polskich zespołów. Wiadomo – Behemoth, czy Vader, to marki znane i szanowane na całym świecie, ale jeśli nasza thrash\deathowa perła będzie podążała wytyczoną przez ten krążek ścieżką, to ma szanse zaliczyć się do wąskiego grona polskich grup, które mogą mieć coś do powiedzenia poza granicami naszego kraju. Dlaczego tak uważam? Bo „In the Name of Blood” jest jednym z najlepszych albumów wydanych w roku 2006 na naszej biednej ziemi.
Jak wspomniałem wcześniej, na płycie mamy do czynienia z miksem thrash i death metalu. Trzeba przyznać, że lepszego połączenia panowie wybrać nie mogli. Muzyka jest szybka, miażdżąca, pomiatająca słuchaczem, a jednak zawiera potrzebną dawkę melodii i magii, która trzyma na fotelu przez te 40 minut. Energia i pomysł także robią swoje. Pomysł? Tak. Panowie mają niesamowity zmysł kompozycyjny. Kawałki sa chwytliwe, a zarazem odpowiednio hałaśliwe i brutalne. Choćby taki otwierający album – „State of Fear”. Wydawać by się mogło, że to typowy deathowy wymiot, a jednak skupiając się na partiach perkusji dochodzimy do wniosku, że są one zakorzenione głęboko w chlubnym i kochanym thrashu. Czyż to nie jest piękne? Tak jest w większości przypadków. Z reguły trzeba tylko wyłączyć przegenialną balladę „You-Know-Where”, która garściami ciągnie z heavy (do tego to solo!). Piosenka ta robi naprawdę spore wrażenie, choć moim zdaniem powinna zostać umieszczona już na samym końcu albumu. Skupiając się chwilkę na technice, to i tej jest sporo w każdej z kompozycji. Choćby przejebanie genialny w swojej formie, połamany rytmicznie riff w piosence „IV – Vote of No Confidence”, albo charakterystyczny riff grany „x10” w piosence tytułowej. To tylko jedne z nielicznych smaczków umieszczonych na płycie, a ja i tak długo nie wyjdę z podziwu dla ich geniuszu.
Jeżeli chodzi o produkcję, to jest ona rzecz jasna (w końcu Hertz Studio) idealna. Z głośników płynie samo mięso, doprawione taką dawka przypraw, że obcowanie z nim można uznać za wyczyn ekstremalny. A na poważnie – wszystkie instrumenty są doskonale słyszalne, dopełniają się w proporcjach książkowych... po prostu sam seks.
Powstał album, do którego ludzie powinni się modlić. Wspaniała mieszanka melodii i ekstremalnego wymiotu. Z tak ciekawą i ponadprzeciętną muzyką zajdą daleko – to jest pewne.
[10/10]